niedziela, 13 lipca 2014

[156] Katarzyna Enerlich - 'Prowincja pełna szeptów'

Czasami myślę, że nic nie jest takie jakie być powinno ...

***
Autor : Katarzyna Enerlich
Tytuł : Prowincja pełna szeptów
Seria : Prowincja
Wydawnictwo : MG
Stron : 272

Pierwszy cios spadł na Ludmiłę, gdy jej ukochany podjął decyzję o wyprawie badawczej, odbywającej się aż na Syberii. Rozłąka może oziębić wzajemne stosunki, nieprawdaż ? Prawdziwym kopem od życia okazała się jednak informacja, którą bohaterka usłyszała w radiu - samolot, którym podróżował Wojtek rozbił się. I gdyby tylko mężczyzna nie postanowił zamienić się miejscami z innym pasażerem, dziś katastrofa stałaby się tylko nieprzyjemnym wspomnieniem, a on -cały i zdrowy- spoczywałby na łonie rodziny. Niestety, tak się nie stało ...

To kolejne spotkanie z Ludmiłą, kobietą po przejściach, jak przyzwyczaiłam się o niej myśleć. Jeszcze nie tak dawno zastanawiała się nad wpuszczeniem do swojego życia kolejnego mężczyzny, a gdy wreszcie szanse na szczęście wzrosły, los spłatał kobiecie okrutnego figla. Po raz kolejny została sama i to w najokrutniejszy sposób - pochowała męża, kochanka, przyjaciela. Anioł Stróż jednak nie zawiódł, bo nad naszą bohaterką wciąż czuwali przyjaciele, opiekując się pogrążoną w żałobie kobietą, namawiając do stawiania małych kroczków, mających pomóc w powrocie do normalności. Czym więc byłby świat bez bratnich dusz ?

Mam mieszane uczucia co do tej książki. Z jednej strony wciąż pamiętam przyjemność czytania pierwszych trzech tomów - zawsze znajdowałam tam przepiękne cytaty, refleksje, które często towarzyszyły również mi i jakąś spokojną pewność co do tego, że jutro mimo wszystko będzie lepiej. Z każdą kolejną pozycją wchodzącą w skład Prowincji zastanawiałam się, po co ja to czytam. Powiało pustką. Może to ja jako czytelnik zmieniłam się ? Wymagam więcej ? Kto wie, kto wie...

Pisałam o tym przy okazji czytania recenzji owej książki na czyimś blogu - Ludka przeżyła coś okropnego; śmierć ukochanego to prawdziwa tragedia, szczególnie, że wszystko wydarzyło się tak nagle. Bohaterka coraz bardziej zagłębiała się w swojej żałobie, zakopując się pod kołdrą i starając się wymazać z pamięci okropny fakt. Nie pomagały lecznicze ziółka, wsparcie bliskich, wysłuchiwanie żalów, dobre rady; Ludmiła coraz bardziej zatapiała się w łóżkowej rzeczywistości, zapominając o kimś najważniejszym - o córeczce Zosi. Czegoś mi brakowało przy tej żałobie; nie mówię, że kobieta miała od razu popełniać samobójstwo, ale uczucia zostały opisane pobieżnie i miałam wrażenie, że czytając po prostu przemykam oczami  po kolejnych linijkach, zupełnie nie  potrafiąc się wczuć w tę sytuację. To było takie... płaskie. Ot, napisać, że cierpi - odbębnić obowiązek, a potem dawaj ! I wrócić do życiowych mądrości bohaterki,  która bądź co bądź przecież w końcu odnajdzie w sobie dawne ciepło i radość. Poza tym coraz częściej irytowały mnie różne stwierdzenia, które powtarzają się od poprzedniego tomu; czasem mam wrażenie, że Ludka z przyjemnej, ekologicznej mateczki zmieniła się w kogoś, kto troszkę zadziera nosa, bo "potrafi sobie poradzić bez zdobyczy nowoczesności". 

Dobrnęłam do końca, choć przyznam, że zajęło mi to dłużej niż zazwyczaj; oczywiście zakończenie na plus, bo zastanawiam się, kim okaże się tajemnicza dziewczyna ... ?

Za książkę dziękuję wydawnictwu MG !