niedziela, 21 stycznia 2018

[427] Helen Klein Ross- 'Jesteś moja'

***

Autor: Helen Klein Ross
Tytuł: Jesteś moja
Seria: -
Wydawnictwo: Prószyński i S- ka
Stron: 368

Lucy od dawna pragnęła mieć dziecko; ta obsesja rozbiła jej małżeństwo, lecz kobieta wciąż szukała sposobu na spełnienie marzenia. I okazja sama wpadła jej w ręce, choć jeszcze wtedy, kierowana skrupułami, była w stanie racjonalnie podejść do napotkanej sytuacji... ale do czasu.
W sklepowym wózku zobaczyła pozostawione same sobie niemowlę. Początkowo, gdy wzięła dziecko na ręce, miała je tylko odnieść do ochrony, aby oni zlokalizowali rodziców małej. Później chciała tylko na sekundę wynieść dziecko na zewnątrz, aby nie marzło w zbyt cienkim jak na klimatyzowane pomieszczenie kaftaniku. Po wszystkim miała je oddać. Ale tego nie zrobiła.

Kiedy wybaczasz, zwracasz wolność jednemu więźniowi: sobie.

Wiedziałam, że ta książka może być wyzwaniem. Ale i tak je podjęłam. Nie byłam pewna, czy autorka podoła ciężkiemu tematowi, jaki obrała sobie za cel. Krótko mówiąc, przed lekturą towarzyszyło mi wiele takich "ale". Teraz mogę Wam z czystym sercem powiedzieć, że Jesteś moja to utwór przemyślany, acz emocjonalnie skomplikowany.

Pani Klein Ross zgrabnie wprowadza nas w temat, opisując początki "dziecięcej obsesji" Lucy nie od samego momentu związania się węzłem małżeńskim, lecz od chwili, gdy ów temat zawładnął jej życiem. Zajściu w ciążę podporządkowała wszystko- codzienny bieg dnia, zgrabnie obliczone momenty, w których zapłodnienie będzie jak najbardziej możliwe. Wszystko stało się rutynowe, mechaniczne i nieco bezuczuciowe. Bo przecież jej nadwątlone nieudanymi staraniami relacje z mężem miały się poprawić po tym magicznym momencie, gdy na teście pojawią się dwie kreski. Ale się nie pojawiły i obecnie były już mąż Lucy miał zwyczajnie dość. Z kobiety, którą kochał, stała się swego rodzaju maniaczką. Każdego w końcu przerosłyby codzienne histerie na widok matek z wózkami, comiesięczna rozpacz na przyjście okresu. I kolejne dni mechanicznych ruchów, mechanicznej miłości, mechanicznych czułości. 

Dużym plusem jest to, iż autorka przedstawia ową historię z perspektywy każdej, choć odrobinę uwikłanej w sprawę osoby- biologicznych rodziców, porywaczki, jej najbliższej rodziny, ale i pani ochroniarz, która tamtego dnia trzymała pieczę nad bezpieczeństwem sklepu. Każdy ma swoje "pięć minut". Daje nam to o wiele szerszy obraz całej sytuacji, jak również głównej bohaterki. 

Rozumiem rozpacz Toma i Marilyn, biologicznych rodziców porwanej dziewczynki, mimo że sama nikogo w ten sposób nie straciłam. Poniekąd rozumiem też pokrętną logikę Lucy, która podczas porwania kierowała się jedną mantrą: "Jeżeli ta kobieta urodziła jedno dziecko, to na pewno urodzi ich więcej. Ja nie mogę. Należało mi się". Pewne jest to, że Jesteś moja dała mi wiele do myślenia; po której stronie się opowiedzieć, i czy w ogóle można to zrobić? Czy ktoś, kto wyrwał dziecko z jego naturalnego środowiska, lecz przekazał mu całą swą miłość, jest dobrym czy złym człowiekiem? No właśnie. Do tej pory nie odnalazłam odpowiedzi na to pytanie. 

W tym wszystkim najbardziej pokrzywdzoną osobą jest Mia vel. Natalie. Przez dwadzieścia lat życia przyzwyczajona była do swojej wiecznie zapracowanej matki oraz opiekującej się nią niani. Nie zdawała sobie sprawy, że gdzieś tam ktoś nadal jej poszukuje, czeka na nią. Nie wiedziała, kim tak naprawdę jest osoba, którą uważała za swą matkę. Jej dotychczasowe życie, ba, nawet charakter stanęły pod znakiem zapytania- kim jestem bardziej? "Córką" Lucy, czy dzieckiem Marilyn?

Autorka zostawia nas z otwartym zakończeniem. Możemy sami dopisać sobie ciąg dalszy, pozytywny bądź negatywny. Z jednej strony to ciekawe zachowanie, dające czytelnikowi pewną przestrzeń dla własnych emocji związanych z lekturą, z drugiej... osobiście lubię mieć wszystko wyjaśnione czarno na białym. Ale i tak sądzę, że finał wyszedł pani Klein Ross znakomicie.

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Prószyński i S- ka!