piątek, 21 października 2016

[328] Elisabeth Herrmann- 'Śnieżny wędrowiec'

Czas obudzić w sobie to, co zostało zapomniane.


***

Autor : Elisabeth Herrmann
Tytuł : Śnieżny wędrowiec
Seria : Sanela Beara/ t. 2
Wydawnictwo : Prószyński i S- ka
Stron : 512

Ból po utracie dziecka jest jak ogień, który nigdy nie wygaśnie...
Cztery lata temu zaginął chłopiec, syn pomocy domowej u Reinartzów. Wszystko wskazywało na to, iż ktoś porwał Darija dla okupu, lecz przez pomyłkę- "prawdziwym" uprowadzonym miał być młodszy syn gospodarza. Przez cztery długie lata śledztwo zdążyło trafić do tych nierozwiązanych, zaś świat powoli zapominał o tragedii jednej z rodzin. Aż pewnego dnia ktoś natrafia na szczątki, pochowane w lesie. 

Sanela Beara, choć odsunięta od działań policji, jeszcze raz postanawia ruszyć tropem prawdy. 

Po jakże udanej Wiosce morderców nie musiałam się długo zastanawiać, gdy ponownie natrafiłam na to nazwisko. Już tylko jedno kliknięcie dzieliło mnie od -jak miałam nadzieję- kolejnej, świetnie skonstruowanej historii. Czuję się czytelniczo usatysfakcjonowana i to bardzo!

Czy człowiek kocha tylko wtedy, gdy w zamian otrzymuje taką samą porcję uczucia?

Kto czytał pierwszą część rozpoczynającą ową serię, ten na pewno kojarzy główną bohaterkę, odważną (a może w tej odwadze aż bezczelną?) policjantkę, Sanelę Bearę. Ta kobieta mimo tak wielu przeszkód rzucanych jej nie tylko przez świadków, jak i "własny" wydział, miała na tyle "jaj", że ruszyła w pogoń. Czuła się poniekąd odpowiedzialna za rozwiązanie tej zagadki- poszkodowana rodzina to Chorwaci, tak jak i sama posterunkowa. Do tego dochodzi niechciane zauroczenie ojcem zmarłego chłopca, Darko Tudorem, a także nowa pozycja jego byłej żony, Lidy, w domu Reinartzów. Otóż była pani Tudor w przeciągu tych czterech lat "awansowała" społecznie, stając się nową panią Reinartz.

Ta książka to jedna wielka tajemnica. Choć z pozoru sytuacja wydaje się jasna, to grzebiąc głębiej, na jaw wychodzą same brudy. Nie ma tu miłości, zaufania, poczucia bezpieczeństwa. Są tylko pieniądze, złamane nadzieje i romanse. Nic nie jest bezinteresowne. 
Mówi się, że każda matka dla swojego dziecka jest w stanie zrobić wszystko. Że ponoć gdzieś tam, w dalekim świecie istnieją rodzicielki, które aby ochronić swą pociechę, potrafiły gołymi rękami zatrzymać samochód. Byle tylko uchronić to, co jest ich największym skarbem- dziecko. Owoc ich łona, czasem wielkiej miłości, a (mam wrażenie) coraz częściej efekt nieodpowiedniego zabezpieczania się. Czy to się jednak liczy? Matka to matka, a czy dziecko było zaplanowane, czy nie... kocha się je tak samo. Z wyjątkami, oczywiście.

I choć naprawdę bym chciała, nie wolno mi Wam zdradzić pewnych rzeczy. Jednak patrząc na postawę Lidy mam wrażenie, że to nie miłość do Darija zaprzątała jej głowę, lecz prestiż. Prawdopodobnie nigdy nie zrozumiem decyzji, jakie podjęła. Bo tak nie zachowuje się matka.

I nie, tym samym nie zdradzam Wam zakończenia. Wskazuję na to, że matka to nie zawsze synonim bezwarunkowego, rodzicielskiego uczucia. Że są matki złe, wyrodne, zbyt ludzkie- takie, które pociąga życie samo w sobie, nie ich własne dziecko. 

Finisz Śnieżnego wędrowca na pewno Was zaskoczy, tak jak i zdarzyło się to w moim wypadku (a przynajmniej mam taką nadzieję). Że już nie wspomnę o tym, jak zawikłane jest to śledztwo i jak dobrze stworzone są postacie. Saneli nie da się nie lubić- jest tak uparta, jak ja nigdy nie byłam. Przeciwieństwa się przyciągają, co? Kobieta wpada na tak genialnie proste pomysły, że mnie nigdy nawet nie przeszłyby przez myśl. Doceniam to. I dzięki temu ta powieść staje się jeszcze lepsza, z każdą stroną wchłania coraz bardziej. W tym wypadku te ponad pięćset stron mignęło, jakby było to zaledwie dwadzieścia. Jestem nią "nienajedzona" i z niecierpliwością czekam na kolejne śledztwo.

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Prószyński i S- ka!