czwartek, 25 lutego 2016

[292] Jill Anderson- 'Dotrzymana obietnica'

Ha, wreszcie czytam i recenzuję na bieżąco!
Przekopałam się, yhy :)

***

Autor : Jill Anderson
Tytuł : Dotrzymana obietnica
Seria : Kobiety to czytają!
Wydawnictwo : Prószyński i S- ka
Stron : 428

Jak w każdej bajce, jest on- książę na białym koniu. Jest i ona- księżniczka. Wystarczy jedno spojrzenie, by rozkochać się w sobie na zawsze, aż do śmierci. No właśnie...
Każda bajka zaczyna się cudownie, ale czy tak też się kończy? 
Jill i Paul od początku wiedzieli, że będą razem do końca; ot, takie rzeczy się czuje. I te szczęśliwe chwile trwały nieprzerwanie, póki u Paula nie zdiagnozowano zespołu chronicznego zmęczenia, przypadłości tak rzadkiej, iż trudnej do wyleczenia. Z dnia na dzień mężczyzna w sile wieku przeistacza się w zniedołężniałego starca, aż... cierpienie osiągnęło granicę. A za nią była już tylko śmierć. I spokój.

Większość z Was recenzowała tę książkę już dość dawno temu, na mnie przyszła pora dopiero dziś. Chyba nie muszę mówić, że to głównie opis z tyłu ostatecznie przekonał mnie do tej pozycji. Zresztą, seria Kobiety to czytają! to same smaczne kąski, aż żal się nie skusić! No i popłynęłam...

Dotrzymana obietnica jest zarazem spisem wspomnień z życia małżeństwa, jak i zapisem rozmów przeprowadzanych z detektywami, badającymi okoliczności śmierci Paula. Wspomnienia są rozsypane niczym puzzle, przeskakujemy z jednego zdarzenia do drugiego, starając się lepiej zrozumieć niespotykaną dotąd (przynajmniej dla mnie) przypadłość. 

Podczas lektury zastanowiły mnie -i tym samym skłoniły do refleksji- dwie sprawy. Choć głównie cierpiał Paul, to nie możemy pominąć także bólu, jaki towarzyszył Jill w codziennej egzystencji z chorym ukochanym. Nagle, bo z dnia na dzień, wszelkie obowiązki jej męża spadły na nią- ich firma, opieka nad domem i nad nim samym. Niejedna kobieta nie potrafiłaby tego unieść, ale nie Jill, za co ogromnie ją podziwiam. Jednak nie ta kwestia mnie zaintrygowała; zastanawiałam się, jak to jest żyć z chorobą ukochanej osoby? Kiedy widzisz, że najbliższy Ci człowiek nagle przemienia się w warzywo, niechętny, by każdego kolejnego dnia podejmować walkę? Jaką siłę trzeba mieć w sobie, żeby z dnia na dzień popychać Wasz wspólny los do przodu? Tym gorzej, że choroba Paula właściwie nie istniała- niewielu lekarzy o niej wiedziało, trzeba było kontaktować się ze specjalistami, również niezbyt licznymi. Zaledwie kilka procent ludzi cierpi na tę rzadką przypadłość, stąd też nikła pomoc ze strony medycyny.

Jill wiedziała, że jej mąż ze wszystkich sił pragnie umrzeć. Cóż, miał za sobą kilka prób samobójczych, nie mogąc znieść myśli, iż jest jej kompletnie nieprzydatny (jakby w miłości liczyła się tylko przydatność, też coś). Kobieta stanęła przed naprawdę, naprawdę ciężką decyzją- pozwolić mu umrzeć czy skazać na dalsze cierpienie? Pozwolić, by tabletki trafiły do jego żołądka, powoli prowadząc go na drugą stronę, a może zmusić do wymiotów? Jak dla mnie jest to dylemat tak ogromny, że nie mieści mi się w głowie. Zupełnie nie potrafię sobie wyobrazić, że nagle mogłabym decydować o czyimś życiu. I potrafiłabym zrozumieć każdą z jej decyzji: i tę o walce o życie ukochanego, także tę o odpuszczeniu. 

To prawda, czasami zastanawiałam się (głównie za sprawą wniosków, jakie wysnuł jeden z detektywów) czy Paul naprawdę był chory, czy to Jill zdominowała go na tyle, iż oboje żyli w iluzji choroby. Nie wiem, sądzę, iż to założenie jest błędne, lecz może nie tylko mnie zastanowiła ta sprawa? Często również miałam wrażenie, iż kobieta za bardzo stara się podkreślić siłę ich wzajemnych uczuć oraz to, jak dobranym małżeństwem byli- zupełnie, jakby chciała ukryć prawdę.

Kto jeszcze nie czytał (bo być może nie jestem ostatnią takową osobą na świecie!), temu polecam. A co!

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Prószyński i S- ka!