piątek, 21 marca 2014

[128] Marilynne Robinson- ' Dom nad jeziorem smutku '

Marzył ktoś z Was kiedykolwiek o ucieczce przed zmartwieniami ?
Takiej,  aby jedynym problemem była godzina odjazdu pociągu... ?
Marzenie o czymś takim zdarza mi się coraz częściej.

***


Autor : Marilynne Robinson
Tytuł : Dom nad jeziorem smutku
Seria : -
Wydawnictwo : Wydawnictwo M
Stron : 212
Półka : Od wydawnictwa

Często zastanawiam się, jakie uczucia muszą towarzyszyć dzieciom, które nie mają rodziny. Które przerzucane z domu do domu, od jednej rodziny zastępczej do drugiej, nigdzie na dłużej nie zagrzeją miejsca. Czy takie osoby mogą ostatecznie poczuć się gdziekolwiek pewnie, bezpiecznie ?

Ruth i Lucille pewnego dnia po prostu przyjechały z matką do dawno nie widzianej babci. Nikt nie spodziewał się, że kobieta podrzuci starszej pani dziewczynki, a sama... zakończy swe życie w jeziorze. Od tamtej chwili siostry pozostawały pod opieką babci, po jej śmierci pieczę nad nimi sprawowały siostry dziadka, by następnie pozostawić je w rękach ciotki Sylvie, niezbyt zdatnej do opieki nad samą sobą, a co dopiero dwójką małych dziewczynek. 

Jak potoczą się ich losy ?

Uświadomienie sobie własnej samotności jest epokowym odkryciem.

Uwielbiam czas, gdy powoli zapada już zmrok; szczególnie w okresie wiosenno- letnim. Kiedy słońce już nie praży, natura się uspokaja, a nad łąkami zbiera się mgła. Tego widoku szczególnie brakuje mi w zimie. Dlatego patrząc na okładkę przedstawianej dziś przeze mnie książki odczuwam wyłącznie przyjemność. Czy przeniosła się ona i na poznaną treść ?


Tak niewiele po kimś zostaje w pamięci- jakaś anegdota, rozmowa przy stole. Ale każde wspomnienie bez końca powraca, podobnie każde słowo, jakkolwiek przypadkowe, wypisane na sercu, w nadziei, że pamięć sama się wypełni i stanie się ciałem, że tułacze odnajdą drogę do domu, a wytęsknieni umarli, którzy nie z własnej woli kazali nam czekać, przestąpią wreszcie próg i pogłaszczą nas po włosach z rozmarzeniem i charakterystyczną czułością.


Początkowo sama zastanawiałam się nad tym, co czytam- ot, historia sióstr, które były przerzucane od jednej osoby do drugiej. Poznawałam ich codzienność, uczucia wobec babci, sióstr dziadka czy potem ciotki... Ruth dzieliła się ze mną ich światem. Nie jest to książka o dzieciach, które w jakikolwiek sposób cierpią przez wszystko, co ich dotknęło; to prawda, ich matka staje się częstym tematem rozmów między nimi, a gdy opiekę nad nimi zaczyna sprawować nieprzewidywalna Sylvie, robią wszystko, by odwieść ją od porzucenia ich. Trudno orzec, czy takowy plan kiedykolwiek zrodził się w głowie kobiety, choć znając jej wędrowniczy tryb życia można się domyślać odpowiedzi. 
Najbardziej wciągnęłam się, gdy Lucille postanowiła iść własną życiową drogą, zaś Ruth pozostała w domu tylko z Sylvie. Jak już wspominałam, kobieta była dość specyficzna, co zresztą odzwierciedlało się także ... w wystroju jej otoczenia. O ile to jest trafne określenie. 
Zazdroszczę kobiecie odwagi do życia w taki sposób, jaki był dla niej odpowiedni- z dnia na dzień, ciągle w podróży. Można powiedzieć, że pociągi stały się jej drugim domem. Poniekąd ją za to podziwiam...
Dodam tylko, że zakończenie z całej tej historii podobało mi się najbardziej. 

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu M !